"Piękni ludzi wywołują obezwładniający podziw nawet u tych, którzy mają się za nieczułych na aparycję, a towarzyszącą temu lęk, swoista rozkosz i nagła przykra świadomość własnej ułomności/ Nie, ani inteligencja, ani wykształcenie, ani pieniądze nie mogą dorównać pięknu ani go przewyższyć czy zanegować.
"Ludzie na drzewach"
Norton Perina tuż przed uzyskaniem dyplomu dołącza do wyprawy naukowej w niezbadane rejony Pacyfiku. Jej celem jest poznanie tajemniczego plemienia żyjącego na jednej z mikronezyjskich wysp.
Naukowcy pilnie obserwują życie codzienne tubylców, jednak uwagę Nortona przykuwają ludzie, którzy są na marginesie życia społecznego plemienia- fizycznie sprawni sześćdziesięciolatkowie, u których występuje zaawansowana demencja. Ze strzępów ich wypowiedzi wynika, że każdy ma ponad sto kilkadziesiąt lat. Czyżby ekspedycja była bliska odkrycia sekretu nieśmiertelności?
Wyprawa w niezbadane rejony Pacyfiku sprawia, że życie Periny nigdy nie będzie już takie samo.
Czuję, że ta recenzja będzie długa. Zawsze staram się pisać krótko i na temat, tak by Was nie zanudzić, jednak z tą książką musi i będzie inaczej. Mam nadzieję, że dotrwacie do końca, bo do powiedzenia mam tym razem wyjątkowo dużo.
Ta pozycja to wspaniała książka, ale dla wytrwałych czytelników. "Ludzi na drzewach" czytałam bardzo długo, złożyło się na to wiele czynników. Po pierwsze początek jest nudny jak flaki z olejem, obawiałam się, że tak będzie do samego końca, a ja tę książkę będę czytała kilka miesięcy. Na szczęście, później było lepiej. Po drugie, nie lubię długich opisów, zwłaszcza przyrody. Tu jest ich pod dostatkiem, jednak przyznam szczerze, że wyspa U'ivu tak mnie zafascynowała, że długie opisy przyrody i kultury tubylców mnie nie nudziły, wręcz czytałam je z wielkim zaciekawieniem. Po trzecie, nie umiałam się "wgryźć" w tę historię. Pierwsze 200 stron szło mi bardzo opornie, ale ja nie chciałam przeczytać tej książki na siłę. Z dwóch powodów- druga powieść tej autorki "Małe życie" ("Ludzie na drzewach" to debiutancka powieść Hanya Yanagihara'y) jest światowym bestsellerem. Wiele osób twierdzi, że "Ludzie na drzewach" nie dorównują "Małemu życiu", ale mimo wszystko warto tę pozycję przeczytać. Dlatego cieszę się, że w pierwszej kolejności sięgnęłam po "Ludzi na drzewach", bo bardzo podobała mi się ta książka i teraz jestem niemal pewna, że "Małym życiem" będę zachwycona.
Dosyć długo czytałam tę książkę, bo nie chciałam robić tego na sile. Z pewnością odebrałoby mi to przyjemność z czytania, a przecież nie o to chodzi. Mogłabym nie docenić tej książki i zbyt pochopnie negatywnie ją ocenić, a tego nie chciałam.
Narracja w tej pozycji jest pierwszoosobowa, co bez wątpienia jest plusem tej książki. Perina podsumowuje swoje życie. Opowiada o swoim dzieciństwie, studiach, pracy w laboratorium i wyprawie w niezbadane rejony Pacyfiku. I tak naprawdę od momentu wyruszenia w tą niesamowitą podróż, książka mnie naprawdę wciągnęła. Życie mieszkańców mikronezyjskich wysp, które odwiedził Norton wraz z innymi naukowcami różni się bardzo od naszego. Ich kultura jest, można powiedzieć.. kontrowersyjna. Oczywiście dla nas. W pewnym momencie doznałam szoku, niestety nie mogę Wam powiedzieć co wywołało we mnie takie emocje, bo być może sięgniecie kiedyś po tę książkę, a nie chce Wam psuć zabawy z lektury. Jednak Ci z Was, którzy "Ludzi na drzewach" przeczytali bez wątpienia wiedzą o co mi chodzi.

Jeśli chodzi o bohaterów to było ich tu sporo, jednak to z Norton Perina gra tu pierwsze skrzypce. W końcu historię poznajemy jego oczami. Perina jest bardzo "trudnym" człowiekiem. Jego sposób bycia jest irytujący, ma stanowczo za duże mniemanie o sobie. Jednak gdyby taki nie był, to czy osiągnąłby to co osiągnął? Pewnie nie. Chociaż przeraziło mnie to jak dużo jest w stanie zrobić, by dopiąć swego. Nawet kosztem innych ludzi. Norton wywołał u mnie naprawdę wiele skrajnych emocji. Już na początku miałam do niego złe podejście (gdy wspominał pracę w laboratorium), później nie było wcale lepiej. Wyprawa w niezbadane rejony Pacyfiku nie zmieniła w nim nic. Dalej był oschłym, zbyt pewnym siebie, odpychającym człowiekiem. Jednak w pewnym momencie polubiłam go, może polubiłam to za dużo powiedziane. Podziwiałam go za to co zrobił (Ci, którzy czytali tę książkę pewnie domyślają się o co mi chodzi), chociaż wiem, że zdecydował się na to bo "czegoś" mu brakowało, bo chciał zapełnić pustkę i być może odkupić swoje winy. Jednak mimo wszystko cieszyłam się, że jest w nim chociaż trochę serdeczności i byłam pewna, że skończywszy tę książkę będę miała do niego obojętny stosunek, a może nawet odrobinkę pozytywny. Jednak ostatnia część sprawiła, że namiastka sympatii jaką go obdarzyłam zniknęła wraz z końcem ostatniej, siódmej części książki.
"Są dzieci, którym życie utrudnia złe zachowanie, brak osobowości lub niedostatek zdrowego rozsądku, czemu winne są geny lub okoliczności, i są takie, dla których życie jest trudne samo w sobie."
Wszystko, absolutnie wszystko zmieniło się po przeczytaniu postscriptum. Zakończenie "Ludzi na drzewach" jet naprawdę mocne, szokujące i wywołujące lawinę emocji, niekoniecznie tych pozytywnych. Poczułam złość, bo poznałam oblicze Nortona, którego wolałabym nie znać. Mało tego, wolałabym żeby tego oblicza w ogóle nie miał. I teraz nasuwają się pytania.. Czy wielkie umysły mają prawo do życia poza wszelkimi granicami etyki? Czy dla nich nie istnieją żadne zasady moralności? Czy mogą przekraczać granice? Czy to, że są wybitnymi, docenionymi naukowcami sprawia, że mają prawo krzywdzić i nie ponosić za to odpowiedniej kary?
Bez wątpienia "Ludzie na drzewach" jest powieścią kontrowersyjną i momentami bardzo poruszającą. Nie sposób jednak w tej książce znaleźć szybkiej, pełnej napięcia akcji oraz wielu dialogów. Ta książka to w 90% opisy, które na początku bardzo mnie męczyły. Jednak od około 200 strony wciągnęłam się w tę historię, a ostatnie dwie części oraz epilog i postscriptum przeczytałam jednym tchem!
Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.